Książka, którą czyta się jednym tchem – tak można opisać ją najkrócej. Pełna życia, zabawna i wzruszająca. W dodatku bazująca na autentycznych doświadczeniach, ale fabularyzowana z talentem i wyczuciem, czyniącymi ją naprawdę wciągającą powieścią. Jedną z tych, od których nie sposób się oderwać.
O czym opowiada? Wbrew temu, co mógłby sugerować tytuł, Zawołajcie położną to nie tylko relacje z kolejnych porodów przyjmowanych przez autorkę – narratorkę. Owszem, i takie opisy się tu znajdują, jednak to ich wybór (spośród setek innych), sposób przedstawienia oraz umiejscowienie w szerszym kontekście nadają książce Jennifer Worth określony charakter. Jak sama autorka stwierdza w epilogu, jej opowieść to przede wszystkim próba opisania pewnego świata – ludzi, ich mentalności, miejsc, w jakich żyli – świata, który przeminął. Bo tych biednych, portowych dzielnic Londynu już dawno (chyba na szczęście!) nie ma. Równocześnie, nie ograniczając się do krótkich relacji z poszczególnych „przypadków”, lecz ukazując każdy z nich w szerokich, rodzinno-społecznych ramach, Worth udowadnia, jak ważną i fascynującą pracę wykonywały położne w latach pięćdziesiątych, kiedy do swych podopiecznych docierały… na rowerach. Zwłaszcza, że przy domowych porodach raczej rzadko asystowali lekarze.
Jednak chociaż autorka koncentruje się na bardzo konkretnym wycinku rzeczywistości, Zawołajcie położną dotyka spraw zawsze ważnych i interesujących. Opowiada o początku życia, narodzinach, funkcjonowaniu rodzin, ich codzienności, relacjach. Nie podejmuje przy tym żadnych prób generalizowania, raczej ukazuje niepowtarzalność losów każdego człowieka. Być może właśnie dlatego największą siłą książki są jej bohaterowie – barwni, ciekawi, oryginalni. Krótko mówiąc: niezapomniani! Jak na przykład nieznająca angielskiego Hiszpanka, która ze swym mężem każde kolejne dziecko (a posiadali ich… 25!) witała jak najprawdziwszy cud, z czułością i radością debiutujących rodziców. Albo jak nastoletnia dziewczyna, której odebrano ukochane dziecko. Jak sześćdziesięcioletni mężczyzna, z uporem nie dostrzegający, że „jego” syn jest czarnoskóry. I staruszka – brudna, śmierdząca, odpychająca – skrywająca łamiącą serce tajemnicę.
Zdecydowanie nie brakuje tu historii smutnych, dramatycznych, pozbawionych szczęśliwego zakończenia. Ale przecież i takie scenariusze pisze życie – zdecydowanie zbyt często. Jednak mimo wszystko wspomnienia byłej położnej z czasów, kiedy jako dwudziestokilkulatka uczyła się zawodu od sióstr zakonnych z Domu Nonnata, nie pozostawiają czytelnika w nastroju przygnębienia. Wręcz przeciwnie: ukazując bogactwo oraz różnorodność ludzkich losów, na długo pozostają w pamięci, pomagając też docenić czas i miejsce własnego życia.