Z przyjemnością zachęcam do lektury tej książki. To było moje pierwsze spotkanie z twórczością Pani Wioletty Sawickiej. W niedalekich planach czytelniczych mam również jej pięciotomową serię o tytule ,,Wiek miłości, wiek nienawiści". Koleżanka twierdzi, że są to książki na wysokim poziomie. Przyznajcie, że obok takiej opinii nie sposób przejść obojętnie. Powracając jednak do ,,Klątwy Langerów". Fabuła osadzona na Warmii. W tym zakątku Polski, który tak bardzo chcę odwiedzić. Wzmianki o Gietrzwałdzie także wzbudziły mój entuzjazm. Dzięki tej lekturze zaczerpnęłam trochę tamtejszego powietrza.
Rok 1919. Listopad.
Miłka i Jan witają na świecie córeczkę Elżbietę. Matka dziewczynki jednak szybko zaczyna wołać na nią Lizka. Tego samego dnia do domu Langerów trafia Franz, zostaje on uratowany przez Jana oraz znachorkę Augustę. Kobieta ma wizję, że chłopca i nowo narodzoną istotkę los połączy w wyjątkowy sposób. Czy rzeczywiście? Obok życia rodzinnego miejsce mają również pogłoski o zbliżającej się wojennej zawierusze. Tematem, który mocno zajmuje myśli jest plebiscyt - należy wyrazić chęć należenia do Prus czy do odrodzonej Polski. Niektórzy nie muszą długo się zastanawiać.
Wartościowa lektura.
Na uwagę zasługuje miłość Dobromiły i Jana. Są to mądrzy ludzie, którzy potrafią pięknie ze sobą żyć mimo, a może właśnie dlatego, że niepewność jutra jest bardzo dotkliwa. Oni wiedzą, że na nic przywiązania do planów i marzeń. Zawsze mnie to mocno urzeka. Ludzie, którym przychodzi wtedy żyć, robią to jakoś lepiej, głębiej niż my, którym przecież niczego nie brakuje. Prawdę powiedział kiedyś ksiądz Pawlukiewicz.... z braku rodzi się lepsze. Doskonale to widać między innymi na podstawie tej powieści.
Każdy ma swój czas próby. Pytanie tylko, jak z niego wyjdziemy... Mocniejsi czy słabsi? Razem czy osobno? Będziemy dalej budować czy zostawimy zgliszcza...
Wrażliwa, ufna, trochę naiwna Joanna pragnęła od życia tylko jednego: chciała mieć rodzinę. Taką, w jakiej sama dorastała, zanim rodzice zginęli...