Afrodyta - kryminał SF
- Lidia Balicka. Kobieta rasy białej, lat czterdzieści osiem. Znaleziona trzydzieści sześć godzin po śmierci. Wysoka temperatura w pomieszczeniu przyspieszyła proces rozkładu. Na ciele liczne rany zadane ostrym i krótkim nożem. Prawdopodobny wygląd narzędzia.
Obraz ukazał się nad ciałem i podpłynął bliżej. Gdy zgasł, głos kontynuował:
- Poparzenia laserem punktowym.
- Nanoszperacze? – spytała detektyw Daber.
- Wynik zero.
* * *
Adam siedział przy biurku z głową podpartą na dłoniach. Smętny wzrok utkwił w jakimś niewidocznym punkcie.
- Cześć – odezwał się ponuro, nie zmieniając pozycji.
- Będziesz się nad sobą użalał czy bierzemy się do pracy? – spytała bezceremonialnie Wera, siadając naprzeciw niego. – Ja też nie jestem zachwycona. Miałam dzisiaj zaplanować wyjazd.
- Wiem - rzekł smętnie. - Wczoraj do północy siedziałem nad dokumentacją. Zapomniałem, że Nadia chciała odwiedzić Krzysia. To już siódmy miesiąc – dodał z dumą. - Jeszcze dwa i wyjmą go z Komory.
Wera widziała kiedyś pomieszczenie, w których następował monitorowany rozwój płodów. Do zanurzonych w płynie maleńkich ciałek podłączone były różnokolorowe przewody i giętkie rurki.
- Ja też przyszłam na świat w Komorze - uśmiechnęła się, zadowolona, że partner nieco się rozchmurzył. - Powiedz, co ustaliłeś.
- Na razie niewiele. Balicka prowadziła agencję towarzyską „Afrodyta”. Wszystko legalnie, androidy płci obojga ze wszystkimi wymaganymi licencjami. Morderca pewnie chciał, by wskazała miejsce ukrycia jakiegoś przedmiotu lub dokumentu. Przeholował i kobieta nie zdążyła mu nic powiedzieć. Dlatego wybebeszył całe mieszkanie.
- Faktycznie, ślady świadczą, że zaczął szukać po jej śmierci. Nanoszperacze nie wykryły w domu żadnego schowka.
- Czyli możemy założyć, że znalazł to, po co przyszedł. – rzekł ostrożnie Adam.
Wera potrząsnęła głową.
- Balicka była torturowana – powiedziała wolno. – Niemożliwe, by wytrzymała przypalanie laserem.
- Więc myślisz… - Adam zawiesił głos.
- Nie znała odpowiedzi – stwierdziła krótko detektyw Daber.
* * *
Przed opuszczeniem biura zajrzała jeszcze do Działu Behawioralnego. Tak jak przewidywała, było na razie zbyt mało danych, by sporządzić psychologiczny portret sprawcy. Natomiast szczegółowy raport z sekcji patolog obiecał dostarczyć następnego dnia.
* * *
„Afrodyta” miała siedzibę w dwukondygnacyjnym budynku o lekkiej konstrukcji, z werandą na parterze i wspartymi o smukłe kolumny balkonami na piętrze.
Policyjne roboguardy znały Werę, więc bez przeszkód mogła wejść do środka. Dom z zewnątrz nie wydawał się zbyt duży, dlatego hol, który zajmował cały parter, sprawiał wrażenie ogromnego. Usytuowane z prawej strony kręte ażurowe schody prowadziły na piętro.
Na wprost głównego wejścia stał półkolisty kontuar, zapewne recepcja. Ciemnoczerwone meble i zasłony tworzyły harmonijną kompozycję z kremowymi ścianami i parkietem z jasnego drewna. Mimo prostoty wnętrze było całkiem przyjemne. Kosztowne, ale gustowne, bez zbędnego przepychu.
Od razu rozpoznała wiszące na ścianach obrazy. Miała w domu miniaturę autorstwa Hisako, japońskiej artystki, mistrzyni subtelnych pastelowych aktów.
Fotele i sofy ustawiono wokół okrągłych stoliczków, na których leżały foldery. Detektyw Daber wzięła jeden do ręki. Zawierał hologramowe zdjęcia uwodzicielsko uśmiechniętych żeńskich i męskich androidów, w strojach wieczorowych i ponętnym negliżu. Zdjęciom towarzyszyły opisy każdego modelu. Najwyższe ceny figurowały przy kopii popularnej aktorki Lily Bach i przystojnego prezentera kanału „Bliżej gwiazd” Josha Powersa. Krążyły legendy o kwotach, za jakie sprzedali prawo do powielania swoich wizerunków.