6A...
***
Jak postanowiłem, tak zrobiłem, a chwilę po szybkim uśnięciu ujrzałem wielką tundrę, tajgę albo sawannę, jak zwał, tak zwał. Byłem na czworakach, z nosem przy ziemi, szukałem czegoś do zjedzenia, lał się upał z wysoka, trawy huśtały się nade mną, obok widziałem ludzi na czworakach, podobnie jak ja ze wzrokiem wbitym w ziemię, nie widzieli wiele. Wtem postanowiłem coś zrobić. Ku zdumieniu moich towarzyszy, wśród których rozpoznałem w mig niektórych krewnych, z wielkim wysiłkiem postarałem się stanąć na tylnych łapach, czyli nogach. Kilka razy upadłem, aż chwyciłem się jakiegoś krzewu, który zaraz się zapalił, więc musiałem go puścić.
I wtedy właśnie zobaczyłem daleki pejzaż przed sobą, spojrzałem w dół i zobaczyłem stopy wbite w glebę, a uwolnionymi przednimi łapami zamachałem wysoko ku nieboskłonom. Nagle przestraszyłem się tej wysokości i dali przed wzrokiem. Jednak nie chciałem już wrócić do krewnych, którzy wołali z dołu, żebym przestał "wydziwiać" i chodził normalnie na czterech łapach. Poszedłem krok za krokiem powoli przed siebie, trzymając się traw jak poręczy. Wzrok z początku nieostry z wolna się poprawiał. Wkrótce nie musiałem już trzymać się poręczy i szedłem coraz dalej i szybciej, rozgarniając trawy jak fale morskie, ustępujące przed kadłubem lodołamacza.