Zacznijmy od początku
Karina wymknęła się po trzy okropne kawy z automatu i obiecała zaraz wrócić. Marysia oparła swoją głowę na moich kolanach i tylko ciągle pytała dlaczego,dlaczego.. Czułam ,że jest jej najbardziej żal tej straty.Jeśli można mówić o tym ,że któraś z nas bardziej cierpi,a inna mniej. Ale Marysia była najmłodsza,a zarazem najbardziej doświadczona przez życie.Nie miała nawet czasu ,żeby opowiedzieć mamie o swoich dokonaniach. W końcu żonkowanie i matkowanie to nie byle co jeśli jest się najmłodszą z całej trójki. I podobno z miłości, nie z żadnej tam wpadki. Żal mi jej bardzo. Czuję ,że tak wiele słów nie zostało jeszcze powiedzianych.
Basi wróciła pełna świadomość i z ogromnym smutkiem przypomniała sobie słowa lekarza. Ich matka popełniła samobójstwo, jak okropnie to brzmi! Odebrała sobie życie ,pozbawiła się życia ,ulżyła swoim cierpieniom. Cholera! Nic nie brzmi dobrze. Wybrała śmierć chyba nie bolesną. Połknęła większość swoich leków, ot tak , banalna śmierć. Ale nie udało się. Zadzwoniła po swoją jedyną przyjaciółkę chociaż nigdy nawet drzwi jej nie otworzyła po zniknięciu ojca, mimo to darzyła ją ogromną sympatią i zaufaniem.