Przeznaczenie / Psychoza
zaniepokoić jego równowagę głosem.
Patrzyli na niego, jak na ostateczny tryumf. Jak na gwarancję sukcesu. Jak na
ich odległe zwycięstwo. Gdy górskie trolle rozdeptywały ich w błocie, gdy
olbrzymy kruszyły ich kości, oni patrzyli się na niego gotowi w każdej chwili
ruszyć i dać wyrwać czemuś swoje życie. Byle by tylko on przeżył, byle by tylko
dotarł do celu, byle by tylko to się wreszcie stało. Nie traktowali go jak
człowieka. Nie rozmawiali z nim jak z kompanem. Dla nich był istotą odległą,
nie człowiekiem. Traktowali go z ogromnym szacunkiem, niczym wielkiego króla.
Tyle, że nawet z królem można się zaprzyjaźnić podczas tak długiej podróży. Ale
nie z nim. Jakież to były katusze! Zdał sobie z tego sprawę później, nie na
początku. Czuł się samotny, cholernie samotny. Otoczony przez rozweselonych,
wiecznie czujnych rycerzy, gadatliwych i towarzyskich, czuł się
najsamotniejszym człowiekiem w całym znanym świecie. Ale nie mógł umrzeć,
musiał wypełnić swe przeznaczenie. Nie mógł umrzeć. Tak myślał. Przynajmniej
przez pewien czas. Później dotarli na Czarne Stepy. Dzień w dzień, noc w noc
odpierali ataki wilkołaków, wielkich niedźwiedzi i jaszczurów wulkanicznych.
Wtedy jego ludzie... nie, oni nie byli nigdy jego ludźmi. To on należał do
nich. Dbali o niego, jak o jakąś laleczkę, prezent dla rozkapryszonego
dzieciaka! Dobrze, doskonale że powymierali! Chwila... nie ! Co on mówi! Mówi
czy też myśli!? To nie jest ważne, już nie. Ale oni ginęli. Ginęli w okropny
sposób. Wilkołaki rozszarpywały ciała, ale nie zabijały. To oni, rycerze
musieli zabijać swych towarzyszy, powoli zmieniających się w dwunożne, ohydne
wilki. Jaszczury parzyły ofiarę. Nie zabijały, najpierw atakowały ogniem i
kwasem, i dopiero spalone, martwe ciało pożerały. Zanim ktoś taki zginął,
przeżywał okropne męki. A niedźwiedzie? Niedźwiedzie chwytały swe ofiary i nic
nie robiąc sobie z ciosów od miecza zjadały je. Żywcem. Zawsze zaczynając od
nóg. Dość! To przerażające. To było najgorsze. To było za wiele. Tego było za
wiele! Ale czemu? Właśnie wtedy... wtedy właśnie olśniło go. Oni ginęli za
niego. Ginęli, by jemu uratować życie. To on zginąłby trzydzieści razy, gdyby
nie oni. Oddali swe dusze, ciało i życie, po to, by on mógł je zachować. On był
sprawcą ich śmierci. To przez niego ginęli. To tak, jakby był mordercą! Takie
wielkie zaufanie pokładali w nim! Jakież wielkie! A gdyby się okazało, że
wyrocznia się myliła? A gdyby to nie on był “Tym” ? Co wtedy? Jakież było by
ich rozczarowanie! On to uczynił. Zabił ich. Innego wytłumaczenia nie było.
Jakiż człowiek, pytał, jaki – może wytrzymać takie coś? Jak mógłby wytrzymać
tak ogromną presję! Tak wiele zależało od niego! Czemu od niego!? On miał
oczyścić ziemię ze wszelkiego ścierwa, jakie po niej biega. I to ścierwo ściga
go właśnie z tego powodu. Tyle gniewnych, nienawistnych spojrzeń w stronę
małego, zakłopotanego człowieczka.
Późną nocą ujrzeli to. Ujrzeli cel. Ujrzeli koniec podróży. Świątynie. To w
niej dokonać miało się przeznaczenie, w niej miało się wszystko skończyć dla
niego, ale rozpocząć na nowo dla świata. Stanął na krawędzi przepaści. W dole,
kilkaset metrów niżej, błyskały złowieszczo czarne skały. Nawet one, do
cholery, gardziły nim! Te bezczelne plamy światła, te błyszczenie, jest
takie... kpiące. Kpiące z niego!
Agggggrhhhh !!! Głupie skały! Nie wierzycie!? Nie wierzycie, że skoczę!?
Śmiejecie się ze mnie, ze mnie !? Agrhh! - wykrzyczał swe słowa, pełne gniewu i
rozpaczy, posłał je głęboko i daleko, wprost ku tak nienawistnym skałom,
wyśmiewających go i lekceważących jego poważne zamiary. Jak one śmiały!
Zatrzymali się jeszcze na jedną noc. Wiedzieli, że w obrębie świątyni, stojącej
samotnie wśród złowrogich Czarnych Stepów, nie będzie na nich czyhało żadne
niebezpieczeństwo. Jakże się mylili. Panie, chroń mnie przed przyjaciółmi, bo z
wrogami sam sobie poradzę, jak to powiedział pewien mądry człowiek. Cholernie